Zdarzenie przy Cocos Islands

Wróciłem do kokpitu naszego jachtu i ciężko zwaliłem się na koję. Teraz już śpię do rana. Nie patrząc na gwiazdy, zacząłem zasypiać i odreagowywać całe to zmęczenie, zbierać siły na kolejne dni przygody. Moje myśli zaczęły już błądzić w wirtualnych światach… Zasnąłem.
Musiało już minąć trochę czasu, kiedy przez sen usłyszałem ciężki plusk. No tak, ktoś nie był już tak delikatny jak ja i zwalił drabinkę! – pomyślałem. Próbowałem znów zasnąć, ale moje myśli z dalekich przestrzeni i światów równoległych wróciły na katamaran. Nie ma co zasypiać, bo ten nocny spacerowicz będzie jeszcze przechodził koło mojej głowy, kilka razy w coś wyrżnie, więc i tak wytrąci mnie ze snu – pomyślałem i cierpliwie czekałem na kroki powrotne z rufy. Przeczekałem tak dłuższą chwilę. Byłem już bardziej na jawie niż we śnie… Różne myśli zaczęły przychodzić mi do głowy… A może to nie drabinka, tylko ktoś zwalił się do wody? Drabinka? Serio? Aż taki plusk?
– Eeej, jesteś tam? – Zachrypnięty, cichy głos wydostał mi się z krtani.
Sam dobrze nie mogłem się usłyszeć, gardło zdarte od gadania i śmiechu nie wydawało zachwycających dźwięków. – Hej, jesteś tam? Wszystko OK? – To już zabrzmiało głośniej, na tyle głośno, że osoba stojąca na samej rufie powinna mnie usłyszeć. Odpowiedzi jednak nie dostałem.
Zebrałem myśli. Cholera – powiedziałem do siebie i zgramoliłem się z posłania. Poszedłem na rufę, ale nikogo tam nie było. Zacząłem intensywnie wpatrywać się w mrok i taflę morza. Wytężyłem zmysły. Nic. Ciemność. Niczego nie dostrzegłem, ani nie usłyszałem. Miałem już w życiu takie sytuacje, które zanosiły się na dramatyczne, a okazały się pomyłką, drobnostką, zwykłym zbiegiem okoliczności. Często intuicja w takich przypadkach mówiła mi: spokojnie, wszystko będzie dobrze. Teraz było jednak odwrotnie. Czułem niepokój.
Ruszyłem w kierunku dziobu – postanowiłem, że sprawdzę, czy wszyscy są na pokładzie. Myśli coraz szybciej przebiegały mi przez głowę. Plusk nie musiał wcale oznaczać wpadającego do wody człowieka. Aaa! No właśnie! A drabinka? Zawróciłem na rufę, aby sprawdzić. No tak! Była w wodzie. Czyli zagadka rozwiązała się. No i dobrze. Spadła sama. Sama? Chciałem w to wierzyć, ale niepokój jakoś nie minął.
Jak już jestem na nogach, to sprawdzę jednak, czy wszyscy śpią na pokładzie. Gdzie są te wszystkie gadżeciarskie latarki moich kolegów? Zacząłem ich szukać. Stwierdziłem, że szybciej będzie, jak wyciągnę swoją z jeszcze nie w pełni rozpakowanej torby. Po chwili miałem w ręku latarkę czołówkę. Skierowałem ją w kierunku rufy. Miałem słabe baterie i światło ledwie oświetliło kokpit. Morze wydało się jeszcze czarniejsze. Świecenie w wodę moją latarką było bez sensu. Poszedłem na dziób prawym kadłubem. Siatki rozpięte między kadłubami, ulubione miejsce do spania w ciepłe noce, były bardzo wklęsłe, na prawej oświetliłem dwóch kolegów śpiących w niemal małżeńskim uścisku. Będzie z czego się pośmiać jutro. Poświeciłem z bliska: Anders i Sławek wyglądali jak śpiąca para zakochanych. Gdyby widziały to ich żony… Uśmiechnąłem się pod nosem. Poświeciłem na drugą siatkę: blade światło oświetliło tylko jedną osobę… To Darek. Obok niego natomiast znajdowała się pusta mata, a na niej śpiwór albo jakiś koc.
O! Niedobrze!
Bardzo przyspieszyłem. Żwawo przeskoczyłem na drugą stronę łódki, na lewy kadłub, omiotłem szybko latarką pokład, ale nikogo tam nie było. Na dziobie jest trzech, Fabien jest w kokpicie – widziałem go, gdy wstałem – czyli brakowało Pierre’a, ewentualnie Coco. Wszedłem do mesy. W środku jachtu spał Coco. Pierre mógł być jeszcze pod pokładem. Zszedłem szybko pod pokład w lewym kadłubie: światło i spojrzenie w kierunku dziobu, potem w kierunku rufy– nikogo tam nie było. Wyszedłem i sprawdziłem tak samo prawy kadłub. Też nikogo! Wypadłem do mesy. Już bez wahania obudziłem naszego skipera. Powiedziałem, że chyba brakuje nam jednego człowieka. Brakuje Pierre’a. Coco zapalił światło. Zobaczyłem teraz latarkę, którą chwalił się Darek, że jakiej to ona nie ma mocy. Dobrze! Chwyciłem ją i powiedziałem:
– Coco, biorę ponton i poszukam go, ty budź załogę. Jeśli go gdzieś znajdziecie na łódce, pomachaj mi latarką. Jesteś skiper! – rzuciłem, nie czekałem na to, co powie i ruszyłem do pontonu. Właściwie to postąpiłem wbrew zasadom morskim, to on jako skiper powinien decydować o akcji, ale to ja byłem już obudzony i na pełnych obrotach.
Odwiązałem cumkę, wskoczyłem do pontonu i zabrałem się za silnik. Kiedyś, za czasów studenckich, całe dwa letnie sezony żeglarskie spędziłem w Giżycku, pracując w czarterze jachtów i łódek motorowych. Mieliśmy tam wszelkie modele silników, od złomów do tych całkiem nowoczesnych. Odpalenie silnika w pontonie czy na jachcie na Mazurach to od tamtych czasów była dla mnie bedłka. Nie raz pomagałem innym, zyskując sobie zazwyczaj i uznanie, i butelkę piwa.
Odpaliłem silnik. Skoro jest silny prąd w kierunku wyspy, więc tam trzeba płynąć! Skierowałem ponton w kierunku wyspy. Ruszyłem z impetem. Zaraz, a co, jeśli prąd nocą się zmienia? – zaświtało mi w głowie. Poszukam w kierunku wyspy, a najwyżej potem zawrócę i pogadam z Coco. Zacząłem płynąć zygzakiem. Latarka Darka faktycznie była genialna. Tam, gdzie padało jej światło, było jasno i wyraźnie. Jeśli gdzieś tutaj jest Pierre, to na pewno go zobaczę na tle czarnego jak smoła oceanu. Zacząłem dosyć szybko, lecz po chwili zwolniłem. Najgorsza rzecz, to go przegapić. Silnik mocno ryczał, jeśli nawet Pierre mnie widzi i krzyczy, to i tak go nie usłyszę. Muszę go zobaczyć. Mogę polegać tylko na wzroku. Wpatruj się uważnie! Starałem się sobie wyobrazić, jak musiałaby wyglądać w tych ciemnościach głowa człowieka rozświetlona latarką.
Jeszcze zwolniłem, gdy patrzyłem na prawo, uciekał mi obraz z lewej. Muszę płynąć jeszcze wolniej i omiatać wzrokiem cały obszar – pomyślałem. Jeśli on tu jest, to muszę go zobaczyć. Pierre to najgorszy pływak z naszego towarzystwa, nie ma płetw ani maski, ale za to sporo Tullamore’a we krwi… Pomyślałem, że dobrze byłoby mieć jeszcze kogoś na pontonie, aby więcej par oczu wpatrywało się w wodę. Wróciłem do kokpitu naszego jachtu i ciężko zwaliłem się na koję. Teraz już śpię do rana. Nie patrząc na gwiazdy, zacząłem zasypiać i odreagowywać całe to zmęczenie, zbierać siły na kolejne dni przygody. Moje myśli zaczęły już błądzić w wirtualnych światach… Zasnąłem.

Musiało już minąć trochę czasu, kiedy przez sen usłyszałem ciężki plusk. No tak, ktoś nie był już tak delikatny jak ja i zwalił drabinkę! – pomyślałem. Próbowałem znów zasnąć, ale moje myśli z dalekich przestrzeni i światów równoległych wróciły na katamaran. Nie ma co zasypiać, bo ten nocny spacerowicz będzie jeszcze przechodził koło mojej głowy, kilka razy w coś wyrżnie, więc i tak wytrąci mnie ze snu – pomyślałem i cierpliwie czekałem na kroki powrotne z rufy. Przeczekałem tak dłuższą chwilę. Byłem już bardziej na jawie niż we śnie… Różne myśli zaczęły przychodzić mi do głowy… A może to nie drabinka, tylko ktoś zwalił się do wody? Drabinka? Serio? Aż taki plusk?

– Eeej, jesteś tam? – Zachrypnięty, cichy głos wydostał mi się z krtani.

Sam dobrze nie mogłem się usłyszeć, gardło zdarte od gadania i śmiechu nie wydawało zachwycających dźwięków. – Hej, jesteś tam? Wszystko OK? – To już zabrzmiało głośniej, na tyle głośno, że osoba stojąca na samej rufie powinna mnie usłyszeć. Odpowiedzi jednak nie dostałem.

Zebrałem myśli. Cholera – powiedziałem do siebie i zgramoliłem się z posłania. Poszedłem na rufę, ale nikogo tam nie było. Zacząłem intensywnie wpatrywać się w mrok i taflę morza. Wytężyłem zmysły. Nic. Ciemność. Niczego nie dostrzegłem, ani nie usłyszałem. Miałem już w życiu takie sytuacje, które zanosiły się na dramatyczne, a okazały się pomyłką, drobnostką, zwykłym zbiegiem okoliczności. Często intuicja w takich przypadkach mówiła mi: spokojnie, wszystko będzie dobrze. Teraz było jednak odwrotnie. Czułem niepokój.

Ruszyłem w kierunku dziobu – postanowiłem, że sprawdzę, czy wszyscy są na pokładzie. Myśli coraz szybciej przebiegały mi przez głowę. Plusk nie musiał wcale oznaczać wpadającego do wody człowieka. Aaa! No właśnie! A drabinka? Zawróciłem na rufę, aby sprawdzić. No tak! Była w wodzie. Czyli zagadka rozwiązała się. No i dobrze. Spadła sama. Sama? Chciałem w to wierzyć, ale niepokój jakoś nie minął.

Jak już jestem na nogach, to sprawdzę jednak, czy wszyscy śpią na pokładzie. Gdzie są te wszystkie gadżeciarskie latarki moich kolegów? Zacząłem ich szukać. Stwierdziłem, że szybciej będzie, jak wyciągnę swoją z jeszcze nie w pełni rozpakowanej torby. Po chwili miałem w ręku latarkę czołówkę. Skierowałem ją w kierunku rufy. Miałem słabe baterie i światło ledwie oświetliło kokpit. Morze wydało się jeszcze czarniejsze. Świecenie w wodę moją latarką było bez sensu. Poszedłem na dziób prawym kadłubem. Siatki rozpięte między kadłubami, ulubione miejsce do spania w ciepłe noce, były bardzo wklęsłe, na prawej oświetliłem dwóch kolegów śpiących w niemal małżeńskim uścisku. Będzie z czego się pośmiać jutro. Poświeciłem z bliska: Anders i Sławek wyglądali jak śpiąca para zakochanych. Gdyby widziały to ich żony… Uśmiechnąłem się pod nosem. Poświeciłem na drugą siatkę: blade światło oświetliło tylko jedną osobę… To Darek. Obok niego natomiast znajdowała się pusta mata, a na niej śpiwór albo jakiś koc.

O! Niedobrze!

Bardzo przyspieszyłem. Żwawo przeskoczyłem na drugą stronę łódki, na lewy kadłub, omiotłem szybko latarką pokład, ale nikogo tam nie było. Na dziobie jest trzech, Fabien jest w kokpicie – widziałem go, gdy wstałem – czyli brakowało Pierre’a, ewentualnie Coco. Wszedłem do mesy. W środku jachtu spał Coco. Pierre mógł być jeszcze pod pokładem. Zszedłem szybko pod pokład w lewym kadłubie: światło i spojrzenie w kierunku dziobu, potem w kierunku rufy– nikogo tam nie było. Wyszedłem i sprawdziłem tak samo prawy kadłub. Też nikogo! Wypadłem do mesy. Już bez wahania obudziłem naszego skipera. Powiedziałem, że chyba brakuje nam jednego człowieka. Brakuje Pierre’a. Coco zapalił światło. Zobaczyłem teraz latarkę, którą chwalił się Darek, że jakiej to ona nie ma mocy. Dobrze! Chwyciłem ją i powiedziałem:

– Coco, biorę ponton i poszukam go, ty budź załogę. Jeśli go gdzieś znajdziecie na łódce, pomachaj mi latarką. Jesteś skiper! – rzuciłem, nie czekałem na to, co powie i ruszyłem do pontonu. Właściwie to postąpiłem wbrew zasadom morskim, to on jako skiper powinien decydować o akcji, ale to ja byłem już obudzony i na pełnych obrotach.

Odwiązałem cumkę, wskoczyłem do pontonu i zabrałem się za silnik. Kiedyś, za czasów studenckich, całe dwa letnie sezony żeglarskie spędziłem w Giżycku, pracując w czarterze jachtów i łódek motorowych. Mieliśmy tam wszelkie modele silników, od złomów do tych całkiem nowoczesnych. Odpalenie silnika w pontonie czy na jachcie na Mazurach to od tamtych czasów była dla mnie bedłka. Nie raz pomagałem innym, zyskując sobie zazwyczaj i uznanie, i butelkę piwa.

Odpaliłem silnik. Skoro jest silny prąd w kierunku wyspy, więc tam trzeba płynąć! Skierowałem ponton w kierunku wyspy. Ruszyłem z impetem. Zaraz, a co, jeśli prąd nocą się zmienia? – zaświtało mi w głowie. Poszukam w kierunku wyspy, a najwyżej potem zawrócę i pogadam z Coco. Zacząłem płynąć zygzakiem. Latarka Darka faktycznie była genialna. Tam, gdzie padało jej światło, było jasno i wyraźnie. Jeśli gdzieś tutaj jest Pierre, to na pewno go zobaczę na tle czarnego jak smoła oceanu. Zacząłem dosyć szybko, lecz po chwili zwolniłem. Najgorsza rzecz, to go przegapić. Silnik mocno ryczał, jeśli nawet Pierre mnie widzi i krzyczy, to i tak go nie usłyszę. Muszę go zobaczyć. Mogę polegać tylko na wzroku. Wpatruj się uważnie! Starałem się sobie wyobrazić, jak musiałaby wyglądać w tych ciemnościach głowa człowieka rozświetlona latarką.

Jeszcze zwolniłem, gdy patrzyłem na prawo, uciekał mi obraz z lewej. Muszę płynąć jeszcze wolniej i omiatać wzrokiem cały obszar – pomyślałem. Jeśli on tu jest, to muszę go zobaczyć. Pierre to najgorszy pływak z naszego towarzystwa, nie ma płetw ani maski, ale za to sporo Tullamore’a we krwi… Pomyślałem, że dobrze byłoby mieć jeszcze kogoś na pontonie, aby więcej par oczu wpatrywało się w wodę.