W pubie na Seszelach

Z naszego seszelskiego domu najbliżej mi było do pubu, który prowadził Rasta. Weszło mi w nawyk, aby codziennie do niego wpadać i tak nieco się nawzajem poznaliśmy. Lubiłem ten jego radosny uśmiech, lubiłem uciąć sobie z nim pogawędkę.
Jednego leniwego popołudnia zapytałem go, czy te kolory, żółty, zielony i czerwony, oznaczają Jamajkę, czy może są to kolory Boba Marleya.
– Bro, ty nic nie wiesz. – Pokazał w uśmiechu białe zęby. – To są kolory Etiopii.
– Etiopii? Serio? Nie Jamajki?
– A wiesz, co znaczą?
– No… nie wiem.
– Chcesz wersję oficjalną czy moją?
– Dawaj tę i tę, chyba nam się nigdzie nie spieszy. – Uśmiechnąłem się.
To był jeden z wielu kolejnych podobnych do siebie dni na wyspach. Prażące słońce, szumiące liście palm, turkusowe morze i błękitne niebo. W barze odpoczywała raptem jedna zakochana i już mocno spalona słońcem parka młodych ludzi. Siedzieli przy najdalszym stoliku. Obecna była też jaszczurka nad barem; nie wiadomo, na co polowała – czy na owady, czy na darmowego drinka. Z pobliskich zabudowań i bezsamochodowej ulicy dochodził delikatny szum obecności nielicznych ludzi. Nie, ani mnie, ani jego nic tu nie poganiało.
– No dobra, to na początek oficjalna – zaczął mi wolno klarować. – Zielony oznacza piękną ziemię Afryki. Żółty to kolor afrykańskiego złota zagrabionego przez kolonizatorów z Europy. Czerwony to kolor krwi przelanej przez afrykańskich braci podczas obrony swojej ziemi.
– Wow. I to jest wersja oficjalna?
– Tak, bracie, to jest symbol Etiopii i rastafarian. To są kolory flagi Etiopii.
– Etiopii… – Spojrzałem na niego, nadal nie dowierzając.
– Tak. Jamajka ma kolory: czarny, żółty i zielony. Sprawdź sobie u doktora Google.
– OK, wierzę ci. A według twojej teorii, co te kolory oznaczają? – Uśmiechnąłem się.
– Bracie, jesteśmy na Seszelach, więc żółty to słońce, którego mamy tu pełno, czerwony to miłość – popatrz chociażby na tych tam. Zobacz, jacy są czerwoni.
Zaśmiałem się.
– A miłość, bracie, jest dla nas najważniejsza.
– All you need is love?
– Znasz dobre piosenki. – Zaśmiał się. – A zielony to chyba wiesz, co?
Co? Nic mi do głowy nie przyszło:
– Nie wiem, co?
– No, bracie, wysil się.
– No nie wiem. – Spojrzałem w górę. – Palmy…?
– Palmy! – Zaśmiał się, kpiąc z mojej ignorancji. – Ziele, brachu, ziele! Ziele jest zielone, tak?
– No tak, jasne. – Uśmiechnąłem się. Jak mogłem na to nie wpaść?
– Ziele zakazywane przez Babilon, aby ludzie nie mogli czuć się szczęśliwi. Pozwalają za to pić takamakę czy piwo – i zobacz, jak to ludzi ogłupia.
– No tak, racja.
Kilka tygodni później w tym samym pubie przysiadł się do mnie Amerykanin. Głośny! Mówił, że musi poczekać tu na swoich ziomków, którzy gdzieś tam sobie poszli. Zachowywał się wobec mnie tak, jakbyśmy znali się od wieków. Zaczął mnie wypytywać, co tu robię i tak dalej. Nie był on dla mnie podejrzany o związek z moimi prześladowcami, ale i tak nie zamierzałem nic mu o sobie mówić. Dlatego też, aby zmienić temat, wskazałem na flagę wiszącą nad barem i zapytałem go, czy wie, co znaczą kolory zielony, żółty, czerwony. Chwilę się zastanowił i odpowiedział:
– Oczywiście, że wiem! Czerwony – stój, zielony – jedź, żółty – dodaj gazu, abyś zdążył przed czerwonym! Ale lepiej nie próbuj tego w Stanach! Są kamery na skrzyżowaniach – zaśmiał się rubasznie.
Amerykanie.